News USA
Najważniejsze jest Dzieciątko
Oczekiwanie na narodzenie Jezusa jest tu inne niż we wszystkich innych miejscach świata. Musi być inne – bo żyjące tu kobiety są inne. Ich głowy nigdy nie zaprzątają za bardzo porządki, zakupy, pieczenie ciast ani nawet dzieci. One żyją tylko dla Jezusa i tylko na Niego czekają.
Gnieźnieński karmel nosi wezwanie Świętej Rodziny, Jezusa, Maryi i Józefa. Siostrzany klasztor w niedalekim Tryszczynie poświęcony jest Narodzeniu Pańskiemu. Oba w dużej mierze zawdzięczają swoje istnienie jednej kobiecie, która gorąco ich pragnęła, modliła się, a później organizowała fundację – siostrze Marii Józefie od Wcielenia. A ona już od urodzenia przesiąknięta była tajemnicą przyjścia Boga na świat.
Zawieruszona w sianku
Wszystko zaczęło się dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia 1911 r., kiedy to niespodziewanie, bo długo przed czasem, urodziła się w małym Lubostroniu. Dzieci było dwoje, bliźnięta, ale ona zawsze czuła, że ma jeszcze jednego Brata. Irena Szweda, późniejsza siostra Maria Józefa, pisała później: “Spieszyliśmy się do siebie nawzajem od samego początku, od dnia, kiedy urodziłam się dwa miesiące za wcześnie i już parę godzin po urodzeniu zostałam ochrzczona. Chciał, bym przyszła na świat dzień przed wigilią Bożego Narodzenia, żebym już na progu życia wpadła w ramiona Dzieciątka. Tak naprawdę miałam nie jednego, ale dwóch braci bliźniaczych: jednym bym mój Leoś, a drugim – a może właśnie pierwszym i najważniejszym – Boże Dzieciątko. Zawieruszyłam się w Jego sianku i Jego pieluszkach i w nich chciałam pozostać już na zawsze, a On nie odstąpił ode mnie. To nic, że przedwczesne urodzenie rzucało cień słabości na całe późniejsze życie – warto było to znieść, żeby od początku być zanurzoną w tak wielką Tajemnicę, w Boga samego. Rodzice opowiadali, że kiedy urodziliśmy się z Leosiem, położono nas w jednej drewnianej kołysce na biegunach. Ponoć płakałam nieustannie, uspokoiłam się dopiero wtedy, kiedy zabrali ode mnie brata i całą kołyskę mogłam mieć tylko dla siebie. Od pierwszych chwil mojego życia byłam i chciałam być samotna, sam na sam z moim Panem. Czasem myślałam nawet, że Bóg, stwarzając mnie, chciał sprawić innym niespodziankę i tak bardzo się spieszył, że ledwie mnie z gliny ulepił, zaraz na świat mnie wysłał”.
Nie tylko urodziny
Boże Narodzenie było niezwykle ważne w całym życiu Ireny – nie tylko dlatego, że właśnie wtedy miała urodziny. Kochała Adwent i kochała święta. Wspominała, jak w wigilię św. Mikołaja wystawiali wraz z braćmi czyste, wypastowane na błysk buciki, żeby następnego dnia znaleźć w nich słodycze i obierki z ziemniaków. Obierki były znakiem, że coś jeszcze powinni w swoim życiu poprawić. Jako sześciolatka napisała pierwszy list do Gwiazdora i potem miała nadzieję, że ten nie obrazi się na nią zbyt mocno, bo z przejęcia nazwała do “Gwizdorem”. Listy dzieci związywały nitką i wieszały między podwójnymi oknami, wierząc, że Gwiazdor stanie przed domem i wtedy je przeczyta.
Razem z braćmi znała na pamięć wszystkie pieśni adwentowe, śpiewali je czasem wspólnie wieczorami. “Z bożonarodzeniowych najbardziej lubiłam tę, w której Arnold niskim głosem odśpiewywał odpowiedzi św. Józefa: <>” – wspominała Irena. “Dopiero kiedy zamieszkaliśmy w Bydgoszczy, trzeba było nasz śpiewnik wyrzucić, tak bardzo był zniszczony. Ale trudno się dziwić jego zniszczeniu, skoro śpiewaliśmy naprawdę dużo, często i z wielkim zapałem – nawet Leoś, który brak głosu i słuchu nadrabiał wielkim entuzjazmem”.
Kiedy mieli cztery lata, Leoś – brat bliźniak Ireny – dostał na Boże Narodzenie prawdziwą harmonijkę ustną i za żadne skarby nie chciał się nią rozstać. Grał na niej całymi dniami, a kiedy szedł spać, kładł ją tuż przy łóżku, na specjalnie ustawionym krześle. Kilka lat później przygotowania do Bożego Narodzenia stały się wielkim rodzinnym przedsięwzięciem. Dzieci ćwiczyły śpiewanie kolęd, by jak najpiękniej wykonać je przy wigilijnym stole.
Przygotowywały również przedstawienie, które nazywały operami. “Treść przedstawień układaliśmy z Edwinem albo zwyczajnie kupowaliśmy i przerabialiśmy tylko odpowiednio do naszych potrzeb. Zwykle byłam reżyserem, rozdzielałam role i zajmowałam się kostiumami. Do Leosia należała techniczna strona przedsięwzięcia: on dostarczał żarówki, budował prowizoryczny telefon, ustawiał meble. Arnold z Leosiem zwykle wymawiali się od prób, twierdząc, że wspaniale zagrają i bez nich – później podczas przedstawienia improwizowali, co także świetnie im wychodziło. Edwin grywał role matki domu, proboszcza albo Żyda, ja grywałam panienki albo mniszki, Ulka – małego chłopaczka, Arnold i Leoś wszystkie inne role, które były konieczne. Przed przedstawieniem przygotowywaliśmy dla rodziców barwne programy i ustawialiśmy fotele tak, że rodzice wygodnie mogli obserwować scenę, którą był nasz dziewczęcy pokój. Mieliśmy nawet gong, a po przedstawieniu – <<żywy obraz>>, któremu towarzyszyły zimne ognie. Bożonarodzeniowe przedstawienia sprawiały nam mnóstwo radości, a przede wszystkim były maleńkim dowodem miłości i wdzięczności, który składaliśmy naszym rodzicom. Potem dzieliliśmy się opłatkiem, składając sobie płynące z serca życzenia, śpiewaliśmy kolędy przy choince, przy akompaniamencie mamusi lub tatusia. A wieczorem znów siadałyśmy z Ulką w jakimś kącie, czytając bez końca i chrupiąc pierniki i orzeszki”.
List do Jezusa
To takie zwykłe, świąteczne wspomnienia, jakie mają każde dzieci, ale Irena Szweda miała coś więcej: Brata bliźniaka, który był Bogiem. Przeczuwała, że jej droga będzie inna niż drogi przeciętne. Wspominała: “Wprawdzie całe moje dzieciństwo pełne było rodzeństwa, ale mimo to – a może właśnie dlatego? – pragnęłam samotności i szukałam jej. Kiedy zostawałam sama na polach, cieszyłam się chwilą i myślałam o Bogu, który jako jedyny był tam razem ze mną. Może to była już pierwsza modlitwa, której nie umiałam jeszcze modlitwą nazwać? Myślałam o tym, że Bóg jest tym, który widzi każdy kwiatek i każde drzewo, i że widzi też mnie. Często nawet podnosiłam twarz kierunku nieba, żeby mnie zobaczył bardzo dokładnie! I zobaczył: zobaczył i wybrał, chociaż wtedy tego jeszcze nie wiedziałam. Wtedy rozumiałam tylko tyle, że to, co wydaje się samotnością, wcale samotnością nie jest, bo nie wypełnia tego pustka, ale Jego niewidzialna Obecność”.
Kiedy miała dwanaście lat, napisała do Dzieciątka Bożego list. “Dziś przychodzi na świat Mały Jezus i ja dziś przyszłam na świat razem z mym braciszkiem bliźniaczym. Ale Ty, mój Jezu, jesteś mi również i o wiele więcej jeszcze <> – i nigdy się nie rozstaniemy – i zawsze będziemy razem – na zawsze! Stałeś się moim Bratem w samotności za miastem w Betlejem. Ja muszę żyć w samotności z Tobą przez całe życie.
Ja wiem, że Ty mnie chcesz dla Siebie zupełnie w takiej samotności. I to jest moja wielka radość. Ja nie wiem, gdzie to będzie ta wielka samotność jak pustynia, ale chcę w niej być i stamtąd jak święty Jan Chrzciciel wołać – i więcej jeszcze – aż na krańce ziemi o dusze, by były zbawione. Nie wiem, jak to będzie – teraz rozumiem to wewnątrz, ale kiedyś musi być to i na zewnątrz – ta pustynia. Może taka, jak Pan Jezus był na pustyni, albo może taka samotność, jak Betlejem za miastem lub jak Nazaret, gdzie mieszkałeś przez 30 lat ze swoją Matką i Józefem świętym. Bo Nazaret też było dla Ciebie, mój Jezu, jak samotność i pustynia, bo żyłeś tam ukryty i nieznany. Dziękuję Ci za Twoje Narodziny dla mnie i że chcesz mnie mieć Sobie. Więc uczyń tak wszystko. Twoja mała siostrzyczka bliźniaczka Irena Elżbieta Barbara”.
Jak w rodzinie
Wiele lat później, kiedy coraz poważniej myślała o wstąpieniu do karmelu, jej spowiednik ks. Aleksander Żychliński polecił jej, by złożyła swoje powołanie w ręce Bożego Dzieciątka. Kiedy po długim oczekiwaniu, przerwanym najpierw chorobą, a później wojną, przyjmowała zakonny habit, otrzymała zakonne imię s. Maria Józefa od św. Stanisława Kostki. Sama odczuwała, że to zbyt słaba tytulacja i w liście prosiła prowincjała, by wyraził zgodę na jej zmianę. Nowy tytuł zaproponowała sama i w ten sposób została karmelitanką: siostrą Marią Józefą od Wcielenia.
Bardzo zależało jej na fundacji klasztoru w Gnieźnie, w kolebce chrześcijaństwa na ziemiach polskich. Była wtedy prostą i młodą siostrą, ale modliła się gorąco i rozmawiała o tym z innymi siostrami. Już wtedy, kiedy klasztor został poczęty w ich pragnieniach, nazywany był Karmelem Bożego Narodzenia. Sytuacja polityczna sprawiła jednak, że powstał on nie w Gnieźnie, a w podbydgoskim Tryszczynie. Pierwszą Mszę św. celebrował w nim bp Lucjan Bernacki, 5 sierpnia 1966 r., w święto Matki Bożej od Żłóbka… Karmel w Gnieźnie powstał w roku 1990 i otrzymał tytuł św. Rodziny, Jezusa, Maryi i Józefa. Zamieszkała w nim matka Józefa: w 2008 r. została jako pierwsza pochowana na przyklasztornym cmentarzu.
Tajemnica Wcielenia, tak bliska życiu matki Józefy, jest bliska całemu zakonowi karmelitańskiemu od początków jego istnienia. Nic więc dziwnego, że święta Bożego Narodzenia są tu obchodzone z tak wielką radością. Wszystko w tych dniach podporządkowane jest prawdzie, że oto urodził się Jezus: prawie tak samo, gdy w rodzinie przychodzi na świat dziecko.
Oczekiwanie na dziecko trwa dziewięć miesięcy – siostry na dziewięć dni przed Bożym Narodzeniem rozpoczynają swoją radosną, adwentową nowennę. Każdego dnia po rannej Mszy św. mała figurka Dzieciątka Jezus, osłonięta tiulem, wędruje do celi innej z sióstr. Uroczystą procesję prowadzą inne siostry, niosąc zapalone lampiony i śpiewając adwentowe pieśni. To prawdziwe święto i jednocześnie dzień skupienia dla tej, która wraz z Maryją tego dnia szczególnie oczekuje narodzenia Syna Bożego, osłoniętego jeszcze zasłoną tajemnicy.
Jest radość
Domowe przygotowania sióstr tylko trochę przypominają domową krzątaninę. Upiększona jest kaplica, w różnych częściach klasztoru stoją żłóbki i są choinki, jest też specjalny tron dla Dzieciątka Jezus, ustawiany w refektarzu. Jeśli coś różni te przygotowania od domowych, to cisza: siostry nie rozmawiają ze sobą, jeśli to nie jest naprawdę konieczne.
Kiedy przychodzi zmrok, spotykają się na modlitwie, adorując na nieszporach tajemnicę Bożego Narodzenia. Dopiero później, śpiewając głośno kolędę, procesyjnie wędrują do refektarza na wieczerzę wigilijną. Ta, choć podobna do zwykłych, domowych, dla karmelitanek jest jeszcze bardziej uroczysta – głównie dlatego, że na co dzień siostry jadają bardzo skromnie: chleb, sery, jajka, mleko… Jest opłatek, są życzenia, nie ma tylko drogich prezentów pod choinką.
Późno wieczorem siostry znów się spotykają, żeby wędrując po klasztorze, powitać nowo narodzonego Jezusa: trochę jak pastuszkowie, którzy pierwsi przybiegli do żłóbka. O północy jest czas na tradycyjną Pasterkę, najbardziej radosne w roku spotkanie z Jezusem.
Owa radość karmelitanek nie pozostaje tylko radością wewnętrzną. Siostry mogą tej nocy swobodnie ze sobą rozmawiać, również następne cztery świąteczne dni, tak zwane wielkie rekreacje, dają im możliwość spotkania. Rankiem budzi je nie dźwięk kołatki, ale śpiew albo gra na skrzypcach, albo na gitarze. Po wieczornych modlitwach mogą nawet… zatańczyć! Jeszcze czasów św. Teresy z Avila i św. Jana od Krzyża sięga owa tradycja świątecznych tańców z Dzieciątkiem Jezus: to św. Jan jako pierwszy w miłosnym uniesieniu tańczył z figurką małego Jezusa. Współczesne siostry po ową tradycję sięgają, wyrażając w ten sposób radość z narodzin Dzieciątka. Po adwentowej ciszy można wreszcie przyjąć i złożyć życzenia rodzinom i bliskim. Kolędy rozbrzmiewają głośnym echem po klasztornych korytarzach. Jest radość: taka, jakiej często brakuje nam, którzy myślimy o tym, co pod choinką położyć i ile jeszcze pierogów ugotować. Dla nich pierogi są na ostatnim miejscu…
Źródło: http://www.deon.pl/religia/wiara-i-spoleczenstwo/art,838,najwazniejsze-jest-dzieciatko.html
News USA
Obywatelstwo amerykańskie może zostać odebrane. W 2026 roku rząd federalny wyraźnie zwiększył liczbę spraw o denaturalizację
Jeszcze niedawno były to sprawy stosunkowo rzadkie. W całym 2025 roku wniesiono 8 pozwów o denaturalizację. Tymczasem tylko w pierwszych siedmiu miesiącach 2026 roku wniesiono ich co najmniej 105. Aż 50 spraw wszczęto w samym lipcu — w 23 stanach. To ogromna zmiana skali. I nie jest to temat, który omija Polaków.
Polacy również tracili obywatelstwo USA
Bronisław Hajda, urodzony w Polsce, przez lata mieszkał w Schiller Park pod Chicago. Został naturalizowanym obywatelem Stanów Zjednoczonych, ale wiele lat później rząd federalny wszczął przeciwko niemu postępowanie. Zarzucono mu zatajenie swojej działalności podczas II wojny światowej. W 1997 roku federalny sąd w Chicago odebrał mu obywatelstwo amerykańskie. Od jego naturalizacji minęły wtedy dziesięciolecia.
Ale mamy również znacznie nowszy przykład. Józef Bronisław Bogacki, urodzony w Polsce w 1962 roku, został obywatelem USA w 2000 roku. W 2012 roku rząd federalny wniósł przeciwko niemu Complaint to Revoke Naturalization. Zarzucono mu m.in., że dopuścił się przestępstw przed naturalizacją i zataił istotne informacje. W grudniu 2012 roku sąd federalny odebrał mu naturalizację i unieważnił jego Certificate of Naturalization.
A teraz mamy sprawę z 2026 roku. Marcin Stanisław Garbacz, również urodzony w Polsce, został stałym rezydentem w 2008 roku, a obywatelem USA w 2014 roku. W lipcu 2026 roku Departament Sprawiedliwości wniósł przeciwko niemu pozew o denaturalizację. Tutaj trzeba podkreślić jedną rzecz: sprawa Garbacza jest postępowaniem w toku. Samo wniesienie pozwu nie oznacza, że obywatelstwo zostało mu już odebrane.
Jak po wielu latach można odkryć oszustwo?
Świetnie pokazuje to jeszcze jedna, bardzo świeża sprawa. Gurdev Singh Sohal został obywatelem USA w 2005 roku. Według dokumentów rządowych wcześniej, pod inną tożsamością, otrzymał nakaz deportacji. Nie wyjechał.
Posłużył się inną tożsamością, zmieniając m.in. nazwisko, datę urodzenia i informacje dotyczące wjazdu do Stanów Zjednoczonych. Pod nową tożsamością przeszedł proces imigracyjny i ostatecznie został obywatelem USA.
Przez lata sprawa pozostawała niewykryta. A potem technologia dogoniła stare dokumenty. DHS zdigitalizował stare papierowe karty odcisków palców znajdujące się w aktach imigracyjnych. Analiza wykazała, że odciski złożone pod dwiema różnymi tożsamościami należały do tej samej osoby. 13 kwietnia 2026 roku sąd federalny odebrał Sohalowi obywatelstwo.

Ta historia pokazuje coś niezwykle ważnego. Dokumenty imigracyjne sprzed 10, 20 czy 30 lat nie znikają. Stare akta są digitalizowane. Odciski palców mogą być ponownie porównywane. Informacje znajdujące się kiedyś w oddzielnych papierowych teczkach mogą dziś zostać ze sobą połączone przy użyciu technologii, której wiele lat temu po prostu nie było.
Ale trzeba powiedzieć bardzo wyraźnie: Pozew o denaturalizację nie oznacza automatycznie utraty obywatelstwa.
W postępowaniu cywilnym rząd zwraca się do sądu federalnego o odebranie obywatelstwa. Samo wniesienie pozwu jest początkiem postępowania — nie wyrokiem. Prawo pozwala na odebranie naturalizowanego obywatelstwa m.in. wtedy, gdy zostało ono uzyskane niezgodnie z prawem albo poprzez zatajenie istotnego faktu lub świadome wprowadzenie władz w błąd.
Ale skala działań federalnych jest dziś zupełnie inna niż jeszcze rok temu. Departament Sprawiedliwości podał, że od 20 stycznia 2025 roku wniósł około 123 cywilnych pozwów o denaturalizację. W jednym zaledwie okresie — od 20 lipca do 3 sierpnia 2026 roku — DOJ poinformował o wniesieniu 25 takich spraw.

To nie oznacza, że naturalizowani obywatele powinni obawiać się o swoje obywatelstwo. Oznacza natomiast coś innego: jeżeli obywatelstwo zostało uzyskane na podstawie oszustwa, fałszywej tożsamości albo zatajenia istotnych faktów, upływ wielu lat nie musi oznaczać, że sprawa nigdy nie zostanie odkryta.
Przykłady Hajdy i Bogackiego pokazują, że dotyczyło to również osób urodzonych w Polsce. Sprawa Garbacza pokazuje natomiast, że postępowania o denaturalizację dotyczą Polaków także dzisiaj.
Rok 2026 pokazuje bardzo wyraźnie, że rząd federalny zaczął znacznie intensywniej korzystać z postępowań o denaturalizację. A rozwój technologii sprawia, że to, co kiedyś pozostawało ukryte w starych papierowych aktach, dzisiaj może zostać odnalezione i połączone nawet po wielu latach.
Autorka: Mecenas Magdalena Grobelski
Petycje imigracyjne i konsultacje dostępne online
[email protected]
Źródła: U.S. Department of Justice (DOJ)TRAC Immigration
Foto: USCIS, istock/mmorell/
News Chicago
Nie żyje Benjamin Satterley „Pac”. Wrestler miał 40 lat i dzień wcześniej walczył w Chicago
Benjamin Satterley, ceniony brytyjski wrestler występujący pod pseudonimem „Pac”, zmarł w wieku 40 lat. Jego śmierć nastąpiła zaledwie dzień po walce stoczonej w Chicago. Mężczyzna został znaleziony martwy w Des Plaines, a dokładna przyczyna i okoliczności jego śmierci są nadal ustalane.
Informację o śmierci Benjamina Satterleya przekazała w niedzielę wieczorem organizacja All Elite Wrestling. AEW przypomniała jego wieloletnią karierę, podczas której zawodnik z Newcastle upon Tyne w Anglii występował dla organizacji wrestlingowych na całym świecie i zdobył uznanie dzięki efektownemu stylowi oraz wyjątkowym umiejętnościom w ringu.
Zaledwie dzień wcześniej, w sobotę, Satterley rywalizował w Chicago. Wystąpił w walce o AEW National Championship, w której jego przeciwnikiem był Andrade El Ídolo. Satterley przegrał to starcie.
Znaleziony martwy w Des Plaines
Biuro Lekarza Sądowego Powiatu Cook potwierdziło, że Benjamin Satterley zmarł w Des Plaines na przedmieściach Chicago. Ani lekarz sądowy, ani All Elite Wrestling nie podały przyczyny jego śmierci.
Policja w Des Plaines poinformowała, że mężczyzna odpowiadający opisowi Satterleya został znaleziony martwy na zewnątrz budynku przy Mannheim Road. Przyczyna oraz sposób śmierci pozostają nieustalone i mają zostać określone po przeprowadzeniu dalszych badań.
Według policji na obecnym etapie dochodzenia nic nie wskazuje na udział osób trzecich. Okoliczności śmierci 40-latka nie są również traktowane jako podejrzane.
Karierę rozpoczął jako 18-latek
Benjamin Satterley zainteresował się wrestlingiem dzięki swojej ciotce, która była fanką WWF. Treningi rozpoczął w wieku 18 lat, a zawodową karierę w 2004 roku. Szybko zwrócił na siebie uwagę niezwykle widowiskowym i dynamicznym stylem walki.
W kolejnych latach zyskał przydomki „The Super Superman” oraz „The Man That Gravity Forgot”. Międzynarodową karierę rozpoczął w 2007 roku, a w latach 2012–2018 występował pod pseudonimem Adrian Neville.

Neville wykonuje akcję Red Arrow na Finnie Bálorze
W 2019 roku podpisał kontrakt z All Elite Wrestling. W AEW zdobywał kolejne mistrzowskie tytuły i uczestniczył w wielu ważnych pojedynkach w historii organizacji. Został pierwszym AEW International Champion oraz dwukrotnie zdobył AEW World Trios Championship.
Wrestlingowy świat żegna „Paca”
Po ogłoszeniu informacji o śmierci zawodnika w mediach społecznościowych pojawiły się liczne wspomnienia jego przyjaciół i rywali. Will Ospreay określił Satterleya jako jednego z najwybitniejszych brytyjskich wrestlerów i podkreślił, że możliwość wielokrotnego dzielenia z nim ringu była dla niego zaszczytem.
Wrestler AEW Evil Uno przekazał, że wiadomość o śmierci 40-latka była dla niego szokiem. Wspominał Satterleya jako wspaniałego człowieka, wyjątkową osobę i prawdziwego profesjonalistę. Ace Austin, którego Satterley pokonał w ubiegłym tygodniu podczas specjalnego odcinka programu AEW „Collision”, również nie krył niedowierzania po informacji o jego śmierci.

Przyjaciele wspominają człowieka poza ringiem
Szczególnie osobiste wspomnienie przekazał sędzia AEW Bryce Remsburg, który znał Satterleya przez 20 lat. Podkreślił, że jego dzieci znały wrestlera po prostu jako Bena – człowieka, który przywoził im z Wielkiej Brytanii jajka Kinder i sprawił, że zaczęły kibicować Newcastle.
Remsburg wspominał go przede wszystkim jako niezwykłego przyjaciela. Wizerunek bezkompromisowego zawodnika prezentowany podczas wrestlingowych gal kontrastował z człowiekiem, którego jego najbliżsi znali poza ringiem.
Marina Shafir, związana z Satterleyem w grupie Death Riders, wspominała go w niedzielę wieczorem podczas niezależnej gali wrestlingowej. Ze wzruszeniem mówiła, że jeszcze dzień wcześniej spędzała z nim czas i rozmawiała między innymi o jamnikach oraz boiskach do koszykówki.
Shafir podkreśliła, że Benjamin Satterley pozostawał niezwykle skromny mimo swoich osiągnięć i fascynującej osobowości. Przyznała również, że wspólnie spędzony czas miał ogromny wpływ na jej własne życie i karierę.
AEW składa kondolencje rodzinie i kibicom
Benjamin Satterley przez ponad dwie dekady kariery występował przed publicznością na całym świecie. Organizacja All Elite Wrestling zwróciła szczególną uwagę na jego innowacyjne, wykonywane w powietrzu akcje oraz wyjątkowe umiejętności techniczne.
AEW złożyło kondolencje rodzinie, przyjaciołom oraz fanom wrestlera. Śmierć 40-letniego zawodnika nastąpiła niespodziewanie, bezpośrednio po jego kolejnym występie w ringu. Ostateczne ustalenie przyczyny i sposobu śmierci należy teraz do Biura Lekarza Sądowego Powiatu Cook.
Źródło; nbc
Foto: Miguel Discart, Carter Sterling, YouTube
News USA
Starship po raz pierwszy dotarł na orbitę. Przełomowy test SpaceX przed misjami na Księżyc
SpaceX wykonał w poniedziałek pierwszy orbitalny lot rakiety Super Heavy-Starship, osiągając jeden z najważniejszych etapów w rozwoju najpotężniejszego obecnie systemu rakietowego na świecie. Mimo przedwczesnego wyłączenia jednego z silników Starship dotarł na orbitę, otwierając drogę do kolejnych testów kluczowych dla przyszłych misji NASA na Księżyc.
Start nastąpił 28 września o 8:49 AM EDT z ośrodka Starbase na wybrzeżu Teksasu. Po 13 wcześniejszych lotach testowych na trajektoriach suborbitalnych SpaceX po raz pierwszy wysłał Starship na orbitę okołoziemską.
Podczas wznoszenia jeden z sześciu silników Raptor górnego stopnia wyłączył się przedwcześnie. Po przeanalizowaniu danych z lotu zespół kontroli misji Elona Muska uznał jednak, że statek pozostaje w dobrym stanie. Drugie uruchomienie pojedynczego silnika pozwoliło zakończyć wejście na orbitę.
Najpotężniejsza rakieta na świecie
Mierzący około 400 stóp wysokości zestaw Super Heavy-Starship rozpoczął lot dzięki 33 silnikom Raptor pierwszego stopnia, wykorzystującym metan. Booster generował około 16 milionów funtów ciągu, czyli mniej więcej dwukrotnie więcej niż księżycowa rakieta Space Launch System należąca do NASA.
Rakieta szybko nabierała prędkości, kierując się na południowy wschód i opuszczając najgęstsze warstwy atmosfery. Jeden z silników Super Heavy wyłączył się wcześniej, jednak konstrukcja boostera przewiduje możliwość kontynuowania lotu mimo awarii części jednostek napędowych.
Po około 2 minutach i 20 sekundach od startu silniki pierwszego stopnia zaczęły się wyłączać. Niemal jednocześnie uruchomiono sześć silników Starship w procedurze określanej jako „hot staging”, podczas której górny stopień rozpoczyna pracę jeszcze przed całkowitym oddzieleniem boostera.
Super Heavy wrócił w kierunku Teksasu
Po rozdzieleniu stopni Super Heavy wykonał obrót i ponownie uruchomił silniki, rozpoczynając manewr powrotny w stronę wybrzeża Teksasu. Podczas tego etapu kolejny silnik najwyraźniej wyłączył się przedwcześnie, jednak booster kontynuował lot.
Ostatecznie pierwszy stopień przeprowadził kontrolowane pionowe wodowanie kilka mil od brzegu. Był to istotny postęp w porównaniu z poprzednim testem, podczas którego problemy z trzema silnikami uniemożliwiły wykonanie pełnego manewru powrotnego, a podczas końcowego hamowania pracowało tylko osiem z 13 przewidzianych silników.
Po tamtym locie SpaceX wprowadził szereg zmian technicznych i aktualizacji oprogramowania. Docelowo Super Heavy ma wracać bezpośrednio na stanowisko startowe, gdzie będzie przechwytywany przez ogromne mechaniczne ramiona wieży. SpaceX z powodzeniem wykonał taki manewr już czterokrotnie, ale podczas obecnych testów ponownie zdecydował się na wodowanie.
Starship osiągnął orbitę na wysokości około 180 mil
Górny stopień Starship kontynuował lot i po dwóch uruchomieniach silników znalazł się na orbicie o wysokości około 180 mil. Pierwsze uruchomienie miało początkowo pozostawić pojazd na trajektorii suborbitalnej, podobnej do wykorzystywanej podczas wcześniejszych testów.

Takie rozwiązanie zapewniało możliwość bezpiecznego zakończenia lotu nawet w przypadku utraty kontroli nad pojazdem. Pomimo wcześniejszego problemu z jednym z silników inżynierowie zezwolili jednak na wykonanie kolejnego manewru i wejście Starship na orbitę.
26 nowych satelitów Starlink na pokładzie
Około 8 i pół minuty po manewrze orbitalnym znajdujący się w przedniej części Starship system przypominający mechanizm dozownika rozpoczął wypuszczanie 26 satelitów Starlink trzeciej generacji.
Według założeń nowe satelity mają dysponować około dziesięciokrotnie większą przepustowością niż poprzednia generacja. Po zakończeniu ich rozmieszczania inżynierowie mają monitorować pracę Starship podczas sześciu okrążeń Ziemi.
Następnie, 8 godzin i 52 minuty po starcie, zaplanowano uruchomienie jednego silnika w celu zejścia z orbity. Cała misja ma potrwać około dziewięciu godzin i 50 minut.

Powrót przez atmosferę i wodowanie u wybrzeży Chile
Podobnie jak podczas wcześniejszych testów Starship ma wejść w gęste warstwy atmosfery w pozycji niemal poziomej. Pojazd będzie gwałtownie wytracał prędkość, otoczony rozgrzaną plazmą, a jego orientacja będzie kontrolowana za pomocą ruchomych powierzchni aerodynamicznych.
W końcowej fazie trzy silniki Raptor mają zostać ponownie uruchomione. Starship wykona manewr obrotu do pozycji pionowej, a następnie ma osiąść rufą w wodzie u wybrzeży Chile. W przyszłości również górny stopień ma wracać bezpośrednio na stanowisko startowe i być przechwytywany przez mechaniczne ramiona wieży. SpaceX nie podjął jednak jeszcze próby wykonania tego manewru po locie orbitalnym.
Kluczowy test przed powrotem ludzi na Księżyc
Pierwszy orbitalny lot Starship ma ogromne znaczenie nie tylko dla SpaceX, ale również dla programu Artemis. NASA zamierza wykorzystać specjalną księżycową wersję Starship jako lądownik przewożący astronautów na powierzchnię Księżyca.
Plan zakłada, że księżycowy Starship zostanie wcześniej zatankowany na orbicie okołoziemskiej. Może to wymagać nawet około 15 lotów tankowców Super Heavy-Starship, które dostarczą paliwo potrzebne do podróży na Księżyc.
Dopiero po zatankowaniu lądownik poleci w stronę Księżyca, gdzie ma połączyć się z należącą do NASA kapsułą Orion zbudowaną przez Lockheed Martin. Dwóch astronautów przejdzie następnie do Starship, który dostarczy ich na powierzchnię i później zabierze z powrotem na orbitę księżycową.
Astronauci mają wylądować w pobliżu południowego bieguna
Księżycowa wersja Starship ma mieć około 165 stóp wysokości. Pojazd ma lądować pionowo w rejonie południowego bieguna Księżyca. Astronauci będą musieli korzystać z zewnętrznej windy, aby dostać się z kabiny na powierzchnię, a następnie wrócić na pokład.

Baza NASA na Księżycu
Pierwsze takie lądowanie jest planowane na 2028 rok. Oznacza to, że SpaceX musi znacząco zwiększyć tempo testów, uzyskać certyfikację pojazdu do lotów z ludźmi oraz wykazać, że system jest wystarczająco niezawodny do przeprowadzenia wielu startów tankowców w krótkim czasie.
Źródło: cbs
Foto: SpaceX, YouTube, NASA
-
News Chicago4 tygodnie temu57 osób szuka Marcina Bachledę-Błaszczaka z Illinois. Polak zaginął w Great Smoky Mountains
-
GOŚCIE BUDZIK MORNING SHOW6 dni temuJanusz Stokłosa wystąpi z batutą w Chicago. W niedzielę koncert „Polish Soul, American Spirit”
-
News USA3 tygodnie temuTrump zapowiada po 5 tys. dolarów dla Amerykanów. Dostaniemy te pieniądze?
-
GOŚCIE BUDZIK MORNING SHOW1 tydzień temuWici zapraszają dzieci, młodzież i dorosłych. Ruszył nabór do zespołu w Algonquin
-
GOŚCIE BUDZIK MORNING SHOW1 tydzień temuGrażyna Auguścik nagra koncert na żywo. Publiczność będzie częścią nowego albumu
-
News USA2 tygodnie temuDonald Trump: obawy o bezpieczeństwo AI to „oszustwo”
-
News Chicago2 tygodnie temuJohnson rusza po drugą kadencję. Przed burmistrzem trudna i kosztowna kampania
-
News USA7 dni temuApple zgodził się na ugodę za 250 mln USD. Właściciele wybranych iPhone’ów mogą otrzymać pieniądze






