Sport
Marcin Ryszka: Nie warto rezygnować z marzeń. Rozmowa z niewidomym mistrzem świata
Jestem w stanie pokonać przeciwności. Choroba to nie wyrok. Ograniczenia często tkwią jedynie w głowie. Niepełnosprawność nie ułatwia funkcjonowania, ale nie traktuję jej jako czegoś, co miałoby blokować mnie przed spełnianiem marzeń. Dziękuję Bogu za to, że mogę być aktywny, że mam rodzinę i pracuję zawodowo. Cieszę się z małych rzeczy, doceniam je. Lubię moje życie – mówi Family News Service Marcin Ryszka niewidomy mistrz świata w pływaniu klasycznym, dziennikarz, komentator sportowy, mąż, ojciec, autor niedawno opublikowanej książki „Nie widzę przeszkód”.
Marcin Ryszka stracił wzrok, mając pięć lat. Usunięto mu obie gałki oczne. Z dzieciństwa pamięta kolory, twarze bliskich oraz okolice, w których się wychowywał. Od dziecka pasjonował się sportem.
Reprezentował Polskę na Igrzyskach Paraolimpijskich w Pekinie oraz Londynie. Może się pochwalić tytułami: mistrza i wicemistrza świata w pływaniu klasycznym. Skończył cztery fakultety i zdobył wymarzoną pracę. Ma szczęśliwą rodzinę.
FNS: „Śmiech zamiast łez. Działanie zamiast rozkładania rąk. Prawda zamiast stereotypów” – taki opis znajduje się na pana książce „Nie widzę przeszkód”. Niepełnosprawność traktuje pan nie jako przekleństwo od losu, ale szansę.
MR: Często irytują mnie sytuacje, kiedy niepełnosprawność przedstawiona jest jako coś, co rujnuje mi życie albo z drugiej strony, przedstawia się mnie jako bohatera.
W życiu kieruję się mottem, że jestem w stanie pokonać przeciwności.
Bo wszelkie ograniczenia tkwią jedynie w głowie. Nie chcę przez to powiedzieć, że niepełnosprawność ułatwia nam codzienne funkcjonowanie, tak nie jest. Ale nie traktuję jej jako czegoś, co miałoby blokować mnie przed spełnianiem marzeń i realizacją postawionych celów.

FNS: Każdy rozdział książki zaczyna się od pytania. To dobra forma na rozprawienie się ze stereotypami dotyczącymi osób niewidomych?
MR: Z Jakubem Białkiem szukaliśmy fajnego pomysłu na książkę. Długo zastanawialiśmy się jak to zrobić. Zdecydowaliśmy, że każdy rozdział zacznie się od pytania, na które ja będę odpowiadał. Na przykład, czy piorę białe rzeczy z kolorowymi, czy po alkoholu widzę podwójnie i czy moja żona mi się podoba.
Marcin Ryszka: „Lubię swoje życie”
FNS: Zadaje sobie pan pytanie, co by było gdyby pan widział?
MR: Już nie. Ten etap jest już za mną. Sytuacja jest jaka jest i taką ją zaakceptowałem. Nie miałem na to wpływu. Być może poszedłbym w ślady moich braci górników, Kornela i Dawida? Może osiągnąłbym coś więcej w piłce nożnej, która jest moją pasją. Lubię to swoje życie, takie jakie ono jest.
Dziękuję Bogu za to, że mogę być aktywny, mam rodzinę i pracuję zawodowo.
Cieszę się z małych rzeczy, doceniam je i nie chcę narzekać, chociaż nie zawsze rozpoczynam nowy dzień pełen energii i z uśmiechem na ustach. Zdarzają się słabsze chwile, ale radzenie sobie z problemami daje motywację do działania i satysfakcję z pokonywania trudności.

FNS: Swoją żonę poznał pan na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie. Nie miał pan obaw, że choroba uniemożliwi marzenia o miłości?
MR: Magda przyjechała z Gdyni do Krakowa wraz ze swoją koleżanką, z którą byłem na weselu brata. Gościłem je przez tydzień, oprowadzałem po mieście. Coś zaiskrzyło między nami. Bałem się jednak kolejnego zranienia. Aż do stycznia następnego roku, kiedy to zaprosiłem ją ponownie do Krakowa.
FNS: Nie miał pan problemu z tym, że nigdy nie zobaczy żony?
MR: Wiem, że Magda jest piękną kobietą, ma długie, blond włosy. Mogę dotknąć jej włosów, skóry, poznać, jak dba o siebie. Są sytuacje, że ktoś mówi mi, że ładnie razem wyglądamy na zdjęciu. Jestem z tego dumny.
Kiedy chodziliśmy na nauki przedmałżeńskie, to prowadzący spotkania ksiądz, powiedział, że „nie kocha się kogoś za coś, ale kocha się kogoś pomimo wszystko”. I tak było w naszym przypadku.
W małżeństwie się uzupełniamy. Są takie rzeczy, których nie jestem w stanie zrobić, z drugiej strony Magda także ma trudności, które muszę i chcę rozwiązać. Magda jest kobietą o gołębim sercu i wielkiej empatii do innych osób. Kocham ją za jej dobroć, ciepło.

FNS: Jest pan tatą Michała. Nowotwór oka odziedziczył po panu.
MR: Zanim zaczęliśmy się starać o dziecko, to sprawdzaliśmy czy nowotwór oka, który miałem, jest dziedziczny. Wykonałem różne testy genetyczne, które pokazywały, że nie powinienem przekazać swojemu dziecku tego genu.
Gdy Michał się urodził, postanowiliśmy udać się z nim na badania dna oczu. Niestety okazało się że syn ma guzy w obu oczach. Trafiliśmy do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, które zajmuje się leczeniem tego typu nowotworów.
Michałek widzi normalnie, ale niestety będzie miał uszczerbek narządu wzroku. W przyszłości okaże się jak duży. Póki co, jeździmy z nim na systematyczne kontrole lekarskie. Synek jest uśmiechniętym, radosnym dzieckiem.

Ryszka: Nie warto rezygnować z marzeń, z tego, co sprawia nam przyjemność i pozwala odnaleźć siebie.
FNS: Jak wygląda wasza relacja?
MR: Spędzamy z sobą każdą wolną chwilę. Lubimy się bawić. Najczęściej gramy w piłkę. Syn często mnie przytula.
FNS: Michał jest świadomy, że jego tata nie widzi?
MR: Tak, syn wie, że nie widzę. Bardzo często bierze mnie za rękę i prowadzi w konkretne miejsce. Zdarza się, że chce mi coś wskazać swoją rączką. Jak na swój młody wiek, bardzo dużo rozumie. Gdy wychodzę z domu, to podaje mi białą laskę, wie doskonale, że bez niej nie mogę się ruszyć.
Zdaję sobie sprawę z tego, że przed nami wiele problemów. Ktoś, w przyszłości, może się z niego śmiać, że jego tata nie widzi i różni się od innych ojców. Wierzę jednak, że i z takimi trudnościami sobie poradzimy.

FNS: Ważną rolę w pana życiu odgrywa sport! Czego pana nauczył?
MR: Samodyscypliny, dobrej organizacji czasu, odpowiedzialności oraz wiary w to, że nigdy nie należy się poddawać.
FNS: Zawodowo spełnia się pan na wielu płaszczyznach. Jest pan dziennikarzem, komentatorem sportowym, prowadzi zajęcia dla studentów. Jak znaleźć swoją drogę w życiu i spełnienie?
MR: Kluczem jest pasja. Jeśli będziemy robić wszystko w pogoni za pieniądzem czy karierą, trudno będzie odnaleźć satysfakcję z codziennych aktywności.
Ostatnio rozmawiałem ze znajomymi, o tym, że w szkole poddawani byliśmy ciągłej presji, aby ze wszystkich przedmiotów mieć tylko dobre oceny. Warto mieć jedną, dwie dziedziny, w którym będziemy się rozwijać i osiągać dobre wyniki.
Dla mnie ważną częścią życia był i jest sport. Dzięki niemu dostałem się na uczelnię, w której obecnie pracuję.

FNS: Duża w tym zasługa pana rodziców.
MR: Oni przekazali mi to, co w życiu najważniejsze, pomagali w rozwoju, zachęcali do podejmowania nowych zadań. Dzięki temu, że podejmowałem wiele różnych aktywności, to miałem szansę poznać to, w czym czuję się szczęśliwy.
Dlatego nie warto rezygnować z marzeń, z tego, co sprawia nam przyjemność i pozwala odnaleźć siebie.
„Życie osób z niepełnosprawnościami ma sens”
FNS: Jest pan prezesem fundacji „Nie widząc przeszkód”. Jakie cele sobie stawiacie?
MR: Naszym celem jest aktywizacja osób z niepełnosprawnościami, przekonanie ich i społeczeństwa, że choroba to nie wyrok. W ostatnim czasie robiliśmy projekty uświadamiające i pokazujące, jak można pomagać osobom z niepełnosprawnościami w codziennym życiu.
Przekonujemy, że bariery są w naszych głowach. Naszym sztandarowym projektem jest blind football. Organizujemy wyjazdy, turnieje sportowe, zgrupowania.
Oprócz tego, tworzymy również makietę dotykową Rynku Głównego w Krakowie. Chcemy, aby osoby niewidome mogły jej dotknąć i wyobrazić sobie, jak wygląda to miasto. Pokazujemy, że życie osób z niepełnosprawnościami ma sens i oni także mogą godnie żyć.
FNS: Jakie wyzwania przed panem?
MR: Cele zawodowe toczą się własnym rytmem. To nie jest tak, że siadam przy biurku i wymyślam kolejne punkty do realizacji. Jeśli coś fajnego przyjdzie mi do głowy, to staram się to realizować.
Zawsze chciałem skomentować mecz ekstraklasy i miałem okazję to zrobić. Nie na wszystko mamy wpływ i należy podejść do tego z pokorą. Jeśli zaś chodzi o wyzwania rodzinne, to drugi raz zostanę tatą.
Kolejny, życiowy rozdział przede mną. Najważniejsze dla mnie, to by moi bliscy byli zdrowi, wszystko inne jest kwestią czasu.
Family News Service
Foto: archiwum Marcina Ryszki
News USA
Crew-12 wróciła na Ziemię po niemal ośmiu miesiącach. Kapsuła Dragon wodowała u wybrzeży Kalifornii
Czworo członków misji Crew-12 bezpiecznie wróciło na Ziemię po niemal ośmiu miesiącach spędzonych na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Kapsuła SpaceX Dragon Freedom wodowała w czwartek na Oceanie Spokojnym u wybrzeży Los Angeles, kończąc trwającą ponad 27 godzin podróż ze stacji orbitalnej.
Kapsuła Dragon Freedom wodowała w czwartek o 11:34 AM ET u wybrzeży Los Angeles.Na jej pokładzie znajdowali się astronauci NASA Jessica Meir, dowódca misji, i Jack Hathaway, pilot, a także specjalistka misji z Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) Sophie Adenot oraz rosyjski kosmonauta Andrey Fedyaev.
Z prędkości 17 500 mil na godzinę do spokojnego wodowania
Powrót z orbity był niezwykle dynamicznym etapem misji. Dragon poruszał się początkowo z prędkością około 17 500 mil na godzinę, a dzięki kolejnym etapom hamowania i otwierania spadochronów zwolnił najpierw do około 350 mil na godzinę.
Przed zetknięciem z powierzchnią Oceanu Spokojnego prędkość kapsuły spadła do około 16 mil na godzinę. System spadochronowy Dragona składa się z dwóch spadochronów hamujących i czterech głównych, czyli łącznie sześciu.
Statek działał całkowicie autonomicznie od momentu odłączenia od stacji aż do wodowania. Astronauci mieli jednak możliwość przejęcia sterowania kapsułą, gdyby podczas powrotu pojawiła się taka konieczność.
Temperatura sięgnęła 3 500 stopni Fahrenheita
Podczas wejścia w ziemską atmosferę zewnętrzne elementy statku były wystawione na temperaturę sięgającą około 3 500 stopni Fahrenheita. Za bezpieczeństwo załogi odpowiadały specjalna osłona termiczna oraz system klimatyzacji kapsuły.
Przelotowi Dragona nad niektórymi obszarami mógł towarzyszyć grom dźwiękowy. Zjawisko jest efektem poruszania się statku z prędkością większą od prędkości dźwięku podczas powrotu przez atmosferę.
Ekipa ratunkowa czekała na Oceanie Spokojnym
Po wodowaniu do unoszącej się na Oceanie Spokojnym kapsuły dotarły szybkie łodzie ekip ratunkowych. Następnie Dragon Freedom został podjęty przez statek ratunkowy SpaceX Shannon. Po opuszczeniu statku członkowie Crew-12 mieli przejść badania medyczne, a jeśli ich stan zdrowia nie budził zastrzeżeń, zaplanowano transport helikopterem na ląd.
Dragon Freedom ma za sobą kilka misji
Kapsuła Freedom jest już doświadczonym statkiem załogowym. Przed Crew-12 była wykorzystywana podczas czterech innych misji z udziałem astronautów.
- Crew-4 – 2022 rok.
- Ax-2 – 2023 rok.
- Ax-3 – 2024 rok.
- Crew-9 – 2024 rok.
Dragon ma 26,7 stopy wysokości i 13 stóp średnicy. Statek wyposażony jest w osiem silników i może zabrać na pokład maksymalnie siedem osób.
Prawie osiem miesięcy na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej
Członkowie Crew-12 rozpoczęli swoją misję 13 lutego 2026 roku. Wystartowali z kompleksu startowego Space Launch Complex 40 w bazie Sił Kosmicznych Cape Canaveral na Florydzie. Przez niemal osiem miesięcy pobytu na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej załoga prowadziła różnego rodzaju eksperymenty naukowe.
Źródło: baynews9
Foto: YouTube, NASA
News USA
Sąd uchylił wyrok po głośnym wykorzystaniu filmu stworzonego przez AI
Sąd Apelacyjny Arizony nakazał ponowne wymierzenie kary mężczyźnie skazanemu za śmiertelne postrzelenie Christophera Pelkeya. Powodem stał się wygenerowany przez sztuczną inteligencję film, na którym cyfrowa wersja zmarłego zwracała się do sądu i do człowieka odpowiedzialnego za jego śmierć.
Sprawa dotyczy Gabriela Paula Horcasitasa, który otrzymał 10 lat więzienia za nieumyślne spowodowanie śmierci Christophera Pelkeya. Sąd apelacyjny uznał, że materiał wygenerowany przez AI nie był wystarczająco wiarygodny, aby mógł zostać wykorzystany podczas postępowania dotyczącego wymiaru kary.
Trzyosobowy skład sędziowski stwierdził, że nagranie przekroczyło dopuszczalne granice. Nie dokumentowało rzeczywistego wydarzenia ani wypowiedzi Pelkeya, lecz przedstawiało stworzoną przez sztuczną inteligencję wersję jego osoby oraz myśli oparte na wyobrażeniu jego siostry.
Cyfrowa wersja ofiary przemówiła przed sądem
Film został pokazany podczas rozprawy dotyczącej wymiaru kary w maju 2025 roku. Rodzina Pelkeya wykorzystała sztuczną inteligencję, aby odtworzyć jego wygląd i głos. Był to prawdopodobnie pierwszy taki przypadek w amerykańskim sądownictwie.
Pomysł wyszedł od siostry zmarłego, Stacey Wales, która zastanawiała się, co jej brat powiedziałby, gdyby sam mógł przemówić przed sądem. Rodzina wykorzystała istniejące nagrania jego głosu, filmy oraz fotografie do przygotowania cyfrowej wersji Christophera Pelkeya.
W wygenerowanym materiale Pelkey zwracał się do Horcasitasa, przekazując, że żałuje okoliczności, w których obaj się spotkali, i sugerując, że w innym życiu być może mogliby zostać przyjaciółmi. Cyfrowa postać mówiła również o wierze w przebaczenie i Boga, który przebacza.
Rodzina chciała pokazać, kim był Christopher Pelkey
Stacey Wales wyjaśniła, że jedynym celem rodziny było pokazanie sędziemu osobowości jej brata i przypomnienie, że za sprawą karną stoi konkretna ofiara.

Gabriel Paul Horcasitas
Śmiertelna konfrontacja na skrzyżowaniu
Do zabójstwa doszło w listopadzie 2021 roku w Chandler, na przedmieściach Phoenix. Według władz 55-letni obecnie Gabriel Horcasitas śmiertelnie postrzelił 37-letniego Pelkeya podczas konfliktu drogowego na skrzyżowaniu.
Nieuzbrojony Pelkey wysiadł ze swojego samochodu i ruszył w kierunku pojazdu Horcasitasa. Wtedy został postrzelony. Horcasitas został później uznany za winnego nieumyślnego spowodowania śmierci, a także narażenia innych osób na niebezpieczeństwo, ponieważ jeden z oddanych strzałów trafił również w inny samochód znajdujący się na skrzyżowaniu.
Przed odtworzeniem filmu wygenerowanego przez AI przed sędzią wystąpiło dziewięcioro członków rodziny i przyjaciół Pelkeya. Opowiadali o emocjonalnych konsekwencjach jego śmierci i wpływie tragedii na ich życie.
Obrona zakwestionowała wiarygodność nagrania
Adwokat Horcasitasa Kristen Reller argumentowała, że sędzia Sądu Wyższego Todd Lang naruszył prawo oskarżonego do rzetelnego postępowania, opierając się na materiale wygenerowanym przez sztuczną inteligencję. Jej zdaniem obrona nie miała realnej możliwości odniesienia się do treści filmu.
Reller zwróciła również uwagę, że materiał nie ujawniał, kto napisał słowa wypowiadane przez cyfrową wersję Pelkeya. Nie przedstawiono także dowodów potwierdzających, że zawarte w nim wypowiedzi rzeczywiście odpowiadały poglądom zmarłego.
Zdaniem obrony film miał dodatkowo wyjątkowo silny ładunek emocjonalny i sprawiał wrażenie autentycznej wypowiedzi ofiary. Takiego efektu nie byłoby, gdyby te same słowa odczytał przed sądem członek rodziny.
Sędzia mówił, że podobało mu się wykorzystanie AI
Tuż przed ogłoszeniem wyroku sędzia Todd Lang pozytywnie odniósł się do zastosowania sztucznej inteligencji. Nie powiedział jednak jednoznacznie, czy film wpłynął na wysokość kary. Zwrócił natomiast uwagę na przedstawioną w nagraniu postawę przebaczenia wobec Horcasitasa, uznając ją za zgodną z charakterem Pelkeya opisywanym podczas rozprawy.

Christopher Pelkey
Prokuratorzy argumentowali, że sędzia nie brał filmu pod uwagę przy ustalaniu kary. Prawnicy rodziny Pelkeya wskazywali natomiast, że jeszcze przed jego odtworzeniem sąd otrzymał wiele informacji o ofierze od jej bliskich, a sam materiał nie zawierał treści podżegających ani szczególnie drastycznych.
Sztuczna inteligencja coraz częściej trafia do sądów
Technologie AI są coraz szerzej wykorzystywane w systemie sądownictwa, ale dotychczas służyły przede wszystkim do zadań administracyjnych, badań prawnych i przygotowywania spraw. W Arizonie sztuczna inteligencja była także używana do przekazywania opinii publicznej informacji o rozstrzygnięciach w ważnych postępowaniach.
Wygenerowanie przez AI oświadczenia ofiary oznacza jednak zupełnie nowe zastosowanie tej technologii.
Profesor prawa na Arizona State University Gary Marchant ocenił, że rozumie motywację rodziny Pelkeya, ale jednocześnie dostrzega poważne zagrożenia związane z wprowadzaniem podobnych materiałów na sale sądowe.
Marchant zwrócił uwagę na obawy sędziów i prawników przed coraz częstszym wykorzystywaniem materiałów typu deepfake. Takie nagrania można obecnie stworzyć stosunkowo łatwo, a jednocześnie mogą mieć bardzo silny wpływ na odbiorców, ponieważ ludzie są przyzwyczajeni do traktowania obrazu jako wiarygodnego świadectwa rzeczywistości.
Podobny problem pojawił się już w Nowym Jorku
Marchant przypomniał także sprawę z Nowego Jorku, w której mężczyzna nieposiadający adwokata wykorzystał wygenerowanego przez AI awatara, aby za pośrednictwem nagrania przedstawić argumenty w swoim procesie. Sędziowie potrzebowali zaledwie kilku sekund, aby zorientować się, że osoba przemawiająca do nich z ekranu w rzeczywistości nie istnieje.
W sprawie z Arizony decyzja sądu apelacyjnego oznacza, że 10-letnia kara Horcasitasa została uchylona w części dotyczącej wymiaru kary. Mężczyzna nie został uniewinniony – pozostaje skazany za śmierć Christophera Pelkeya, ale sąd będzie musiał ponownie zdecydować, jaką karę powinien otrzymać.
Źródło: cbs
Foto: MCSO, YouTube, everloved.com,
Ciekawostki
Obraz kupiony za 30 USD sprzedano za 1,35 mln. Niezwykła historia dzieła chicagowskiej artystki
Przez ponad 70 lat nie było wiadomo, co stało się z obrazem cenionej chicagowskiej artystki Gertrude Abercrombie. Dzieło niespodziewanie pojawiło się na wyprzedaży majątku w Michigan, gdzie zostało kupione za zaledwie 30 dolarów. Teraz obraz osiągnął na aukcji zawrotną cenę 1,35 miliona dolarów, ustanawiając nowy światowy rekord aukcyjny dla prac artystki.
Obraz „Alderman Merriam’s Shells” Gertrude Abercrombie powstał w 1951 roku. Przedstawia kolekcję muszli należących do chicagowskiego radnego Roberta Merriama, który w latach 1947–1955 reprezentował 5. Okręg miejski, obejmujący między innymi Hyde Park.
To właśnie w Hyde Park mieszkała Abercrombie, która była ważną postacią chicagowskiego środowiska artystycznego i muzycznego. Rok po namalowaniu obrazu, w 1952 roku, artystka przekazała go lekarzowi z Kalamazoo w stanie Michigan w zamian za świadczone jej usługi medyczne.
Obraz zniknął na ponad 70 lat
W latach 1952–1953 dzieło było prezentowane na wystawach w Nowym Jorku, Chicago, Milwaukee i Evanston. Ostatni znany publiczny pokaz odbył się w 1953 roku w Chicago Design Center. Później ślad po obrazie zaginął i przez kolejne dekady nie było wiadomo, gdzie się znajduje.
Przełom nastąpił dopiero w tym roku. Na wyprzedaż majątku w Kalamazoo przyszedł mężczyzna poszukujący przede wszystkim płyt winylowych. Jego uwagę przyciągnął jednak obraz. Po odwróceniu płótna zauważył na odwrocie nazwisko, które wydało mu się znajome.
Postanowił zaryzykować i zapłacił za dzieło 30 dolarów. Zakup okazał się niezwykłym odkryciem. W czwartek ten sam obraz został sprzedany na aukcji za 1,35 miliona dolarów.
Nowy rekord dla Gertrude Abercrombie
Aukcję przeprowadził dom aukcyjny Freeman’s. Przedstawiciel firmy poinformował, że cena uzyskana za „Alderman Merriam’s Shells” ustanowiła nowy światowy rekord aukcyjny dla dzieł Gertrude Abercrombie. Rezultat znacznie przekroczył wcześniejsze oczekiwania. Przed aukcją wartość obrazu szacowano na od 15 tysięcy do 250 tysięcy dolarów. Ostateczna cena była wielokrotnie wyższa od górnej granicy wyceny.
Ważny moment w twórczości chicagowskiej artystki
Eksperci uznają „Alderman Merriam’s Shells” za dzieło dokumentujące ważny zwrot w karierze Abercrombie, gdy artystka zaczęła coraz wyraźniej kierować swoją twórczość w stronę surrealizmu. Obraz przedstawia kilka muszli umieszczonych na ciemnym tle.

Gertrude Abercrombie
Choć na pierwszy rzut oka kompozycja może przypominać prostą martwą naturę, zastosowane przez artystkę rozwiązania nadają jej tajemniczy i niemal nierzeczywisty charakter. Każda z muszli ma własne źródło światła, padające pod różnymi kątami. Czarne tło otaczające pojedynczą zawieszoną muszlę sprawia natomiast wrażenie nieskończonej przestrzeni.
Obraz ma także szczególne znaczenie dla późniejszej twórczości Abercrombie. To właśnie w nim po raz pierwszy pojawiła się pęknięta muszla, która później stała się jednym z powracających motywów w jej pracach.
Wyprzedaż należała do lekarza, który otrzymał obraz
Historia odkrycia jest tym bardziej niezwykła, że wyprzedaż majątku, na której odnaleziono obraz, dotyczyła rzeczy należących do dr. Johna T. Reynoldsa. Był to ten sam lekarz, któremu Abercrombie przekazała dzieło ponad 70 lat wcześniej w zamian za opiekę medyczną.
30 dolarów zamieniło się w 1,35 miliona
Zakup za 30 dolarów okazał się wart 45 tysięcy razy więcej. Jednocześnie odnalezienie dzieła przywróciło historii sztuki ważną pracę jednej z najbardziej charakterystycznych artystek związanych z Chicago. Gertrude Abercrombie zmarła w 1977 roku.
Źródło: cbs
Foto: Carl Van Vechten, Freeman’s
-
GOŚCIE BUDZIK MORNING SHOW2 tygodnie temuJanusz Stokłosa wystąpi z batutą w Chicago. W niedzielę koncert „Polish Soul, American Spirit”
-
News Chicago1 tydzień temuDuży postęp w leczeniu Filipa Czarneckiego. Policjant mówi, pamięta i rozpoczął intensywną rehabilitację
-
News USA4 tygodnie temuTrump zapowiada po 5 tys. dolarów dla Amerykanów. Dostaniemy te pieniądze?
-
GOŚCIE BUDZIK MORNING SHOW3 tygodnie temuWici zapraszają dzieci, młodzież i dorosłych. Ruszył nabór do zespołu w Algonquin
-
GOŚCIE BUDZIK MORNING SHOW3 tygodnie temuGrażyna Auguścik nagra koncert na żywo. Publiczność będzie częścią nowego albumu
-
News USA1 dzień temuICE postrzeliło mężczyznę w Nowym Jorku. Burmistrz żąda likwidacji federalnej agencji
-
News USA4 tygodnie temuDonald Trump: obawy o bezpieczeństwo AI to „oszustwo”
-
News Chicago4 tygodnie temuJohnson rusza po drugą kadencję. Przed burmistrzem trudna i kosztowna kampania











