Kościół
Wszystkie sanktuaria biorą niejako swój początek w Ziemi Świętej. O świętych miejscach, ludziach i czasach
Jeżeli udajemy się do jakiegoś sanktuarium, to zazwyczaj pragniemy doświadczyć bliskości Boga, indywidualnego spotkania z Nim. Jest to możliwe w modlitwie, nawet wtedy, kiedy otacza nas wielu ludzi. Człowiek w takim miejscu potrafi w szczególny sposób otworzyć się na Tajemnicę Boga – rozmowa z ks. prof. Janem Machniakiem, teologiem duchowości.
Księże Profesorze, czym jest sanktuarium?

Mówiąc najkrócej, jest to miejsce, w którym Bóg daje w szczególny sposób znać ludziom, że jest pośród nich obecny.
Wszystkie sanktuaria biorą niejako swój początek w Ziemi Świętej, w tym niezwykłym doświadczeniu Narodu Wybranego, doświadczeniu Abrahama rozmawiającego z Bogiem, a jeszcze bardziej Mojżesza, który usłyszał z krzewu gorejącego: “Zdejmij sandały, bo ziemia, na której stoisz, jest święta”.
Nigdy nie myślałem o Ziemi Świętej jako o sanktuarium…
Żydzi mają bardzo mocno zakorzenione w świadomości, że ziemia, na której mieszkają, została im dana przez Boga. Na tej ziemi doświadczyli Jego obecności, dlatego nie może być sprofanowana przez niewierzących.
Chrześcijanie podchodzą do tej kwestii bardziej duchowo, mniej dosłownie. Konkretne miejsca i ślady Chrystusa są ważne i trzeba się nimi opiekować. Od XIII w. zajmowali się tym franciszkanie; dla nich akcentowanie Wcielenia, ziemskiego życia Jezusa, stanowi bowiem bardzo ważny element duchowości.
Doświadczenie ogranicza się jednak wyłącznie do pielęgnowania śladów obecności Jezusa. Świętymi miejscami są przecież także Lourdes, Fatima czy Częstochowa. Nie tyle zatem liczy się topografia, co świadomość i przekonanie człowieka, że w tym miejscu ktoś rozmawiał z Bogiem, widział Go, słyszał bądź otrzymywał od Niego inne znaki obecności.
Najważniejsze jest jednak doświadczenie obecności Boga w codziennym życiu, świadomość, że On naprawdę działa.
Sam Chrystus mówił przecież, że nie tylko w Jerozolimie, ale w każdym miejscu na ziemi będzie składana Bogu ofiara. To ofiara wyznacza przestrzeń sacrum.
Święty Grzegorz z Nyssy pisał, że pielgrzymowanie nie ma sensu, bo tak naprawdę wszystko, czego szukamy, znajduje się w najbliższym kościele.
Zewnętrzne miejsca są ważne, ale dla chrześcijanina święte jest przede wszystkim serce, w którym spotyka się z Bogiem.
W tradycji zachodniej prawdę tę najpełniej ujął św. Augustyn, który całe życie szukał Boga popełniając wiele pomyłek. Dopiero jednak, gdy odkrył głos Boga w swojej duszy i przeżył głębokie nawrócenie, zrozumiał, że nie należy nigdzie chodzić, bo Bóg jest ukryty w jego sercu, w samym centrum jego duszy.
Bóg jest tam obecny, ponieważ stworzył nas na swój obraz i podobieństwo (por. Rdz 1,27). Kto więc potrafi wejść głęboko w siebie, odkryje Boga w swoim wnętrzu.
Dlaczego więc jeździmy do sanktuariów? Dlaczego Bóg przemawia częściej przez miejsca niż przez ludzi?
Nie potrafimy wytłumaczyć, dlaczego Bóg przemawia w taki a nie inny sposób. Nikt z nas nie wyjaśni, dlaczego akurat przestrzeń pomiędzy Afryką i Azją jest dla nas Ziemią Świętą… To był Jego wybór.
Myślę, że święte są zarówno miejsca wybrane przez Boga, jak i ludzie, którzy pełnią rolę pośredników między Bogiem a nami, są rodzajem znaku dla świata. Kiedy Mojżesz schodził z góry i niósł kamienne tablice, jego twarz promieniała blaskiem.
Czy było to odbicie Bożej rzeczywistości, którą widział (blask światła, krzew gorejący), czy może skutek wewnętrznego przeżycia – trudno powiedzieć. Nie ulega jednak wątpliwości, że w jakiś sposób odzwierciedlał to doświadczenie, które stało się jego udziałem.
Podobna scena miała miejsce na górze Tabor. Kiedy Chrystus wracał do uczniów po zakończonej modlitwie, Jego twarz także promieniała. Uczniowie – skoro znalazło się to w ewangelicznym opisie – dostrzegali w Jezusie coś niezwykłego. Dopiero po zmartwychwstaniu zrozumieli wszystko, co Pan Jezus im mówił.
Współcześnie takimi świętymi osobami, które w szczególny sposób uczestniczyły w osobie Boga, zbliżały do niej, byli na pewno ojciec Pio i Jan Paweł II.
Z jednej strony prosty zakonnik, a z drugiej – papież, najwyższy hierarcha Kościoła. Łączyła ich jedna rzecz – modlitwa. Zauważało to wiele osób. Całkowicie zanurzali się w Bogu, wpadali wręcz w ekstazę, odrywali się od otaczającej ich rzeczywistości.
Ciekawe, że Bóg, powołując mistyków, nie bierze pod uwagę jakichś szczególnych cech zewnętrznych, nieważne są wykształcenie, sprawowana funkcja czy wygląd.
Podobnie było ze św. Faustyną. Ledwie umiała czytać i pisać, ale modliła się w taki sposób, że przykuwało to uwagę innych sióstr, które – nie wiedząc, co mają zrobić -zwracały jej uwagę, że powinna się inaczej zachowywać.
A ona w stanie ekstatycznym nie kontrolowała samej siebie. W “Dzienniczku” zapisała, że w czasie pracy w ogrodzie doświadczała jakby przeniesienia w inny wymiar. Wyrażała to w bardzo prostych słowach. Pisała, że wydaje się jej, że minęła chwilka, od kiedy wyszła z klasztoru do ogrodu, a tu już dzwonią na Anioł Pański. Minęły zatem trzy godziny…
Co ciekawe, mimo że wpadała w stan ekstatyczny, grządka z warzywami była uporządkowana, chwasty wycięte. Siostra Faustyna wypełniła polecenie przełożonej, a jednocześnie uczestniczyła w tajemnicy spotkania z Bogiem, dla którego czas się nie liczy i jedna chwila jest wiecznością, a całe godziny jakby jedną chwilą.
Jan Paweł II był ekstatykiem?
Tak. Przypomnijmy sobie, jak sprawował liturgię, nawet tę w obecności tłumów; jak to było na krakowskich Błoniach, w Manili czy na stadionie Yankee w Nowym Jorku.
Kiedy mówił do ludzi, bardzo łatwo nawiązywał z nimi kontakt, był cały dla nich, ale kiedy nadchodził moment Przeistoczenia, miało się wrażenie, że Papież jest oderwany od tego, co go otacza.
W takiej chwili nie przeszkadzało mu, że wokół zgromadzone są wielkie rzesze ludzi. Był całkowicie zanurzony w tej Rzeczywistości, z którą się komunikował.
Podobnie było przy okazji prywatnych Mszy św. w kaplicy Pałacu Apostolskiego. Z ust wielu osób, które Jana Pawła II znały i w takich liturgiach uczestniczyły, słyszałem, że podczas Mszy św. z jego udziałem czuły od Ojca Świętego rodzaj promieniowania, opisywały to jako światło, ciepło…
Mówi się także o słyszanych w takich chwilach papieskiej modlitwy głosach, o rodzaju glosolalii. Sam byłem tego świadkiem. W kaplicy Pałacu Apostolskiego, po Komunii, Papież miał zwyczaj dłużej się modlić, nie poruszał wtedy wargami, natomiast rzeczywiście było wtedy słychać jakieś głosy dochodzące z miejsca, w którym się znajdował.
Dla mnie osobiście to był znak, że Jan Paweł II naprawdę zanurzony w Boskiej Rzeczywistości.
Można zatem powiedzieć, że dla Ojca Świętego takim sanktuarium, miejscem szczególnego spotkania z Bogiem, był moment Przeistoczenia?
Myślę, że tak. Jeżeli udajemy się do jakiegoś sanktuarium, to zazwyczaj pragniemy doświadczyć bliskości Boga, indywidualnego spotkania z Nim. Jest to możliwe w modlitwie, nawet wtedy, kiedy otacza nas wielu ludzi, np. w Kalwarii Zebrzydowskiej podczas Triduum.
Człowiek w takim miejscu potrafi w szczególny sposób otworzyć się na Tajemnicę Boga.
Mówimy o sanktuarium jako miejscu szczególnej interwencji Boga, a czy jest możliwe, że to wiara ludzi sprawi, że dane miejsce stanie się sanktuarium, mimo że nie było tam na początku szczególnej Bożej interwencji? Tak jak brak wiary sprawia, że dane miejsce sanktuarium się nie staje.
Wydaje mi się, że potrzebne jest jedno i drugie: Bóg daje łaskę, ale człowiek powinien na nią odpowiedzieć swoją wiarą. Często istnieje potrzeba zbadania, czy takie nowe “sanktuarium” nie jest jedynie jakimś “widzimisię” osoby czy grupy osób.
Wracając do pytania, warto odwołać się do zasady sformułowanej przez św. Tomasza z Akwinu: “Bóg buduje na naturze i ją doskonali”. Nie działa wbrew naturze, niejako nadbudowuje rzeczy nadprzyrodzone na tym, co jest naturalne.
Zawsze przy Bożym dziele potrzebny jest człowiek wiary i jego odpowiedź. Jeżeli ten warunek jest spełniony, pojawiają się nowe sanktuaria, także dzisiaj.
Całkiem niedawno jedno z nich powstało niedaleko naszej granicy, na Słowacji, w miejscowości Litmanova. W 1990 r. ukazała się tam dwóm dziewczynom przebywającym na polanie góry Zvir Matka Boża. Siedziały w szałasie, kiedy w jego pobliżu pojawiła się świetlista mgła, z której wyszła Maryja. Przysiadła się do nich i zaczęła z nimi rozmawiać.
Potem pojawiała się jeszcze wiele razy i przekazywała im swe orędzia. Zjawienia trwały do 1995 r. Obecnie na miejscu tych spotkań funkcjonuje niewielkie sanktuarium, którym opiekują się księża grekokatolicy.
Jedne sanktuaria się pojawiają, inne znikają…
Istnieje pewna dynamika sanktuariów. Są takie, które kiedyś były bardzo popularne, chętnie do nich pielgrzymowano, ale potem nastąpiło jakieś zdarzenie: kasata zakonu, wojna czy inne nieszczęście, i takie miejsce przestawało być dla ludzi ważne, w pewien sposób umierało.
Pozostały w świadomości ludzkiej, w pamięci, ale już nie odgrywają tak dużej roli w aktualnym doświadczeniu wiary.
Tak było na dawnych Kresach Wschodnich, gdzie w wyniku wojen, przemieszczania się ludności i grabieży kościołów o sanktuariach zapominano. Niewykluczone jednak, że po jakimś czasie mogą się one znów odrodzić.
Z drugiej strony cały czas pojawiają się nowe, bardzo ważne miejsca. Takim nowym sanktuarium są przecież Łagiewniki.
Pod koniec XIX w. fundacja książąt Lubomirskich sprowadziła do Krakowa Siostry Matki Bożej Miłosierdzia. Ich charyzmatem była opieka nad upadłymi dziewczynami, siostry zajmowały się ich resocjalizacją.
Wybudowano zatem przy klasztorze zakład opiekuńczo–wychowawczy, a przy nim niepozorną kaplicę. Była ona, mimo że stanowiła część zabudowań klasztornych, kaplicą “pół-publiczną” – świeccy mogli ją odwiedzać. Tak też w czasie II światowej często czynił Karol Wojtyła, wracając z fabryki Solvay.
Później nadeszły lata 70. XX . i ten sam Karol Wojtyła został wybrany na papieża, rozpędu zaczął nabierać proces beatyfikacyjny siostry Faustyny, która żyła w tym klasztorze przed wojną, a w ciągu następnych 30 lat Łagiewniki – w tym ta niewielka kaplica – stały się potężnym duchowym centrum.
Niezwykłe jest to, że w 2002 r. Papież zawierzył cały świat Bożemu Miłosierdziu właśnie w Łagiewnikach, a nie w Rzymie. W jakimś sensie współczesny świat jest duchową pustynią, na której od czasu do czasu pojawiają się oazy, takie jak Sanktuarium Bożego Miłosierdzia, i przyciągają ludzi.
Kościół potwierdza, że istnieją miejsca, w których Bóg działa w szczególny sposób, ale mówi też, że każdy kościół jest przestrzenią, w której człowiek spotyka się z sacrum.
Są świątynie, w których – przynajmniej tak to odczuwamy – łatwiej spotkać Boga, i są takie, w których o skupienie, modlitewną atmosferę bardzo trudno…
Myślę, że to kwestia subiektywnego przeżycia. To, że my coś czujemy albo nie, to dowód na to, że jesteśmy ludźmi, mamy swoje emocje, swoją wrażliwość. Odczuwanie jest ważne, ale nie najważniejsze. Muszę jednak przyznać, że dzisiaj wiele naszych reakcji, odczuć potrafimy świetnie racjonalizować, czyli odcinać się od nich.
Nie wydaje się Księdzu, że w wielu starych kościołach łatwiej się modlić niż w nowych? W tych drugich jakby brakowało sacrum.
Sztuka podąża za człowiekiem. Jest w jakimś sensie odzwierciedleniem zmian, które w nas zachodzą.
W ostatnich latach sztuka bardzo odeszła od klasycznego rozumienia piękna, związanego z zachowaniem proporcji i harmonii. Człowiek po doświadczeniach I i II światowej, w tym Holokaustu, stwierdził, że nie da się wyrazić tego, co się wydarzyło, za pomocą klasycznych form rytmu i harmonii.
Teraz zatem szuka innych sposobów – w muzyce np. wyraża się to w formie dysonansów, zmian tempa, hałasu, mających przypominać o zatrważających wydarzeniach, takich jak wybuch bomby atomowej.
Gdy dochodzi do zburzenia klasycznych kanonów, doświadczenie artysty staje się jednak trudniejsze w odbiorze i jeszcze bardziej się subiektywizuje. Artysta przeżywa swoje dzieło, to, co ma ono wyrażać, w bardzo osobisty sposób – i dobrze.
Pojawia się jednak pytanie, czy znajdzie odbiorcę i czy w tym “muzycznym zgrzycie” ludzie odnajdą jego doświadczenie zagubienia, samotności czy niemocy.
Podobnie jest w innych dziedzinach sztuki. Artysta, zrywając z kanonami, wystawia się na niebezpieczeństwo bycia niezrozumianym. Odnosi się to również do sztuki sakralnej.
Chrystus Frasobliwy, który stoi u mnie na półce, został wyrzeźbiony pod koniec XVIII w., według kanonów, które wtedy obowiązywały. Ukazuje zmęczonego, cierpiącego mężczyznę, ukoronowanego cierniem. To jest dla mnie przedstawienie Zbawiciela.
Patrząc na tę malutką figurkę, przenoszę się wyobraźnią do świata opowiadań ewangelicznych. Potem trzeba jednak zrobić krok dalej – wejść w kontakt z osobą Zbawiciela. Pomocny jest tu niewątpliwie cały system wczuwania się, emocji, pracy wyobraźni.
Odkrywał to św. Ignacy Loyola, gdy się nawracał. Kiedy był unieruchomiony po operacji nogi, doświadczał jakby przeniesienia w rzeczywistość Palestyny z czasów Chrystusa. Zrozumiał, jakie możliwości daje nam nasza wyobraźnia. Rozmawiał z Chrystusem nauczającym, czyniącym cuda i cierpiącym.
Wtedy zrodziła się w nim idea medytacji ignacjańskiej, wykorzystania w niej pamięci, rozumu i woli. Jej istotą jest możliwość wyrwania się z przestrzeni i czasu i doświadczenia bardzo bliskiego, osobowego kontaktu z Bogiem. Taką możliwość dają nam też sanktuaria.
Jak rozpoznać, czy przeżycia, które nam towarzyszą, to coś prawdziwego?
Po owocach ich poznacie – w tym zdaniu kryje się odpowiedź. Czasem warto jakoś zobiektywizować to, co przeżywamy, i porozmawiać z kimś na ten temat, np. z kapłanem. Najważniejsze jest jednak to, co dokonuje się we wnętrzu człowieka, jak on to przepracuje.
Dla niektórych wewnętrzne przeżycie będzie czymś, co będzie kształtować całe ich późniejsze życie, inni zaś po jakimś czasie o nim zapomną.
Popatrzmy na osoby, które były bezpośrednimi świadkami zjawień Maryi – nie wszystkie kontynuowały wewnętrzną relację, niektóre zajęły się innymi sprawami, czasem zupełnie niezwiązanymi z religią.
Czy to nie paradoks, że w świętych miejscach, gdzie spotkanie z Bogiem powinno być zanurzone w ciszy, w skupieniu, jest tłoczno i głośno?
Myślę, że to jest potwierdzenie prawdy o tym, że czyste doświadczenie religijne nie istnieje.
Człowiek może przeżywać rodzaj oderwania od świata jako osobiste, wewnętrzne doświadczenie, ale każdy z nas jest jednocześnie homo socialis (człowiekiem społecznym) i homo psychologicus (człowiekiem psychologicznym) i w tym doświadczeniu bierze udział nasza psychika.
W miejscach pielgrzymkowych zawsze był odpust, kiermasz, czyli wymiar ludyczny, ale były też wielkie nawrócenia.
Istnieje w nich zarówno możliwość spowiedzi, jak i zakupienia jakiegoś odpustowego świecidełka, które właściwie nic nie jest warte, może mieć jednak wartość emocjonalną.
Będzie za jakiś czas przypominać temu, kto je nabył, o głębokich doświadczeniach, które były jego udziałem. Dlatego zawsze z takiego miejsca coś się zabiera.
Są przedmioty, ale też musi być opowieść o nich. Aby przywieziony z sanktuarium i komuś podarowany przedmiot mógł zacząć żyć i nabierać znaczenia, przybliżać do Boga, musi mu towarzyszyć przekaz o tym, czego doświadczał, co przeżywał ten, który tam był.
Doświadczenie wiary jest także związane ze świadkami. Oni gdzieś byli, czegoś doświadczyli i mogą o tym opowiedzieć. Trudno jest wyobrazić sobie, jak wygląda Ziemia Święta, chociaż mamy jej opisy w Ewangeliach. Kiedy jednak spotykamy pielgrzyma, który był w Ziemi Świętej, i słuchamy jego opowieści, w jakimś stopniu zaczynamy żyć jego doświadczeniem.
To było bardzo ważne w średniowieczu – każdy chciał zobaczyć, posłuchać, a nawet dotknąć pielgrzyma wracającego z jakiegoś odległego sanktuarium. To był wyraz podziwu dla wiary tych ludzi, dla ich odwagi, a poza tym oni dotknęli sacrum.
Często udajemy się do sanktuarium, by wypraszać dla kogoś łaskę, np. uzdrowienia. Rodzi się czasem wówczas pytanie o to, gdzie będziemy bardziej potrzebni, przy chorym czy w sanktuarium?
Odpowiednim kryterium jest miłość, miłość Boga i bliźniego. Miłość Boga nie może być przeszkodą w realizowaniu miłości bliźniego. Każdy motyw naszego postępowania powinien być poddawany racjonalnej ocenie.
Poznałem przed laty kobietę, która odwiedzała męża w krakowskim szpitalu im. Żeromskiego. Był przez miesiąc nieprzytomny.
Ona pracowała, zajmowała się domem i czwórką dzieci, a potem jeszcze, niemal codziennie, jechała do Łagiewnik, żeby się modlić.
To przekraczało wręcz fizyczne możliwości tej kobiety. Mąż w końcu się wybudził, a ona jest przekonana, że to dzięki jej modlitwie.
Jeżeli chory ma opiekę, może z kimś zostać, to myślę, że podjęcie jakiejś pielgrzymki w jego intencji nie przeciwstawia się zasadzie miłości bliźniego.
Ma Ksiądz jakieś ulubione sanktuarium?
Zawsze budziła we mnie podziw wiara prostych ludzi. Bardzo ważna była dla mnie Kalwaria Pacławska, bo stamtąd pochodzę.
Dziś, z racji zamieszkania, często bywam w Kalwarii Zebrzydowskiej. Bardzo lubię Lourdes, ale byłem tam zaledwie dwa razy, często jednak wracam do tego miejsca wyobraźnią. Ważna jest też dla mnie oczywiście Ziemia Święta, którą odwiedziłem tylko raz – na piętnastolecie kapłaństwa.
W samym Krakowie moim ulubionym miejscem jest kościółek św. Jana, z obrazem Matki Boskiej od Wykupu Niewolników, gdzie codziennie odprawiam Mszę. Od lat związany jestem także z Łagiewnikami.
Jestem świadkiem tego, jak to sanktuarium się rozwijało. Pamiętam je jeszcze z lat 90., bo wtedy zacząłem się tam czynnie udzielać przy różnych uroczystościach.
Będąc tam i odczytując nazwy miejscowości, z których przybywali pielgrzymi, zastanawiałem się wielokrotnie, dlaczego przyjeżdżają z tak daleka. Nieraz wyjeżdżają już wieczorem, spędzają w autobusie całą noc, po to, żeby być w Łagiewnikach kilka godzin, a potem znów całą noc w autobusie.
To dowodzi, że oprócz miejsc i ludzi są także święte czasy. Jest taki moment, kiedy w sanktuarium trzeba być – w Łagiewnikach jest to przede wszystkim godz. 15 w Niedzielę Miłosierdzia, kiedy-jak pisała św. Faustyna – trzeba się zatrzymać i uwielbiać Chrystusa, który umiera na krzyżu. Taki jest sens Godziny Miłosierdzia.
Taki jest sens naszego pielgrzymowania i odkrywania obecności Boga, który daje się poznać w ludziach i w rzeczach.
Autor: Ula Jagiełło, Sławomir Rusin
Źródło: deon
Foto: You Tube
News USA
Wiara i rodzina chronią przed samotnością. Praktykujące pary są szczęśliwsze
W czasach, gdy coraz częściej mówi się o epidemii samotności i społecznej izolacji, nowe badanie wskazuje na silny związek między praktykowaniem wiary, życiem rodzinnym i zadowoleniem z małżeństwa. Z raportu opublikowanego 25 września przez Institute for Family Studies wynika, że regularnie uczęszczający do kościoła katolicy i protestanci częściej deklarują szczęśliwe i trwałe małżeństwa niż osoby niereligijne. Wyniki badania przytacza Jezuita, Ojciec Paweł Kosiński.
Autorzy raportu przeanalizowali dane pochodzące między innymi z General Social Survey, CARA, YouGov i Pew Research. Wyniki wskazują, że mimo spadku znaczenia religii i małżeństwa w amerykańskim społeczeństwie osoby pozostające aktywnie związane ze wspólnotami religijnymi częściej deklarują wysoki poziom zadowolenia z życia rodzinnego.
Współautor raportu Brad Wilcox, zwraca uwagę, że praktykujący katolicy i protestanci częściej zawierają małżeństwa, mają więcej dzieci i rzadziej się rozwodzą niż osoby świeckie.
Katolicy tworzą szczęśliwe małżeństwa
Jednym z najbardziej wyrazistych wyników jest różnica dotycząca satysfakcji małżeńskiej. Aż 79 proc. regularnie praktykujących katolików określa swoje małżeństwo jako bardzo szczęśliwe. Wśród praktykujących protestantów odsetek ten wynosi 74 proc., natomiast wśród niereligijnych mężów i żon – 66 proc.
Badanie pokazuje również, że osoby uczęszczające do kościoła są o 39 proc. bardziej skłonne pozostawać w związku małżeńskim niż pozostali badani. Natomiast osoby silnie związane zarówno z wiarą, jak i małżeństwem ponad dwukrotnie częściej deklarują obecnie, że są bardzo szczęśliwe, niż osoby pozbawione obu tych więzi.
Jednym z przykładów skali przemian jest spadek liczby katolickich ślubów o 74 proc. od 1970 roku.
Przekonania dotyczące małżeństwa mają znaczenie
Z raportu wynika również, że przyjęcie tradycyjnego katolickiego nauczania o trwałości małżeństwa i otwartości na życie wiąże się z większym prawdopodobieństwem szczęśliwego małżeństwa oraz wyższym poziomem satysfakcji z życia intymnego.
Wśród praktykujących katolików 55 proc. ocenia swoje życie seksualne jako doskonałe lub bardzo dobre. Wśród praktykujących protestantów jest to 45 proc., podczas gdy wśród katolików niepraktykujących odsetek wynosi 45 proc., wśród protestantów niepraktykujących 35 proc., a wśród osób bez przynależności religijnej 40 proc.

Podobna zależność pojawia się przy podejściu do trwałości związku. Wśród katolików uznających małżeństwo za zobowiązanie na całe życie 60 proc. deklaruje satysfakcję z życia seksualnego, wobec 46 proc. wśród katolików, którzy nie podzielają takiego przekonania. W przypadku protestantów różnica jest mniejsza i wynosi odpowiednio 43 oraz 40 proc.
Wiara i rodzina jako odpowiedź na społeczną izolację
Autorzy raportu oceniają, że w okresie nasilającej się samotności i cyfrowego rozproszenia znaczenie stabilnych relacji rodzinnych oraz wspólnot religijnych może rosnąć.
Ich zdaniem wzmacnianie rodziny i życia religijnego powinno być postrzegane nie jako powrót do przeszłości, lecz jako jeden ze sposobów wspierania dobrostanu jednostek i całych społeczności.
Badacze podkreślają jednak, że samo uczestnictwo w życiu religijnym nie eliminuje problemów małżeńskich. Raport zwraca uwagę między innymi na korzystanie z pornografii. Około jedna czwarta praktykujących religijnie mężów ogląda pornografię, podczas gdy wśród niereligijnych mężów robi to około jedna trzecia.

Według badaczy, mężczyźni zmagający się z korzystaniem z pornografii częściej doświadczają również problemów w małżeństwie. Jednocześnie znacząca część katolickich małżonków przyznaje, że obawia się o trwałość swojego związku.
Duże rodziny potrzebują większego wsparcia
Raport zwraca uwagę na jeszcze jeden problem. Katoliccy rodzice wychowujący troje lub więcej dzieci deklarują niższy poziom szczęścia małżeńskiego. Autorzy przypuszczają, że jedną z przyczyn może być niewystarczające wsparcie otrzymywane od lokalnych wspólnot parafialnych.
Zaledwie 46 proc. praktykujących katolickich rodziców deklaruje, że otrzymuje od swojej wspólnoty kościelnej przynajmniej pewną pomoc. Zdaniem autorów pokazuje to potrzebę silniejszego zaangażowania parafii w praktyczne wspieranie rodzin, szczególnie tych wychowujących większą liczbę dzieci.

Osobno przebadano absolwentów FOCUS
Raport został przygotowany na zlecenie katolickiej organizacji FOCUS, czyli Fellowship of Catholic University Students. Badacze porównali również podstawowe dane z wynikami grupy 1219 absolwentów FOCUS.
W tej grupie prawdopodobieństwo zawarcia małżeństwa oraz deklarowania szczęśliwego związku było wyższe niż wśród pozostałych katolików. Jednocześnie absolwenci FOCUS rzadziej niż inni katoliccy małżonkowie deklarowali zadowolenie ze swojego życia seksualnego.
Autorzy wskazują, co może wzmacniać małżeństwa
Wśród rekomendacji znalazły się aktywne życie religijne, świadome przygotowanie do decyzji o małżeństwie, większe wsparcie rodzin na poziomie parafii oraz lepsza formacja dotycząca małżeństwa skierowana do nastolatków i młodych dorosłych.
Źródło: ewtnnews
Foto: istock/shironosov/BONDART PHOTOGRAPHY/EvgeniyShkolenko/Liderina/
Kościół
Abp Fulton Sheen ogłoszony błogosławionym. Uroczystość zgromadziła dziesiątki tysięcy wiernych
24 września Arcybiskup Fulton J. Sheen, pochodzący z niewielkiej miejscowości w Illinois duchowny, który stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych katolickich ewangelizatorów XX wieku, został ogłoszony błogosławionym. O uroczystej mszy beatyfikacyjnej, która odbyła się w The Dome at America’s Center w St. Louis, gromadząc dziesiątki tysięcy wiernych, mówi Jezuita, Ojciec Paweł Kosiński.
Decyzję o beatyfikacji ogłoszono poprzez odczytanie dekretu podpisanego przez papieża Leona XIV. Papież ustanowił jednocześnie wspomnienie liturgiczne błogosławionego Fultona Sheena na 9 grudnia, czyli rocznicę jego śmierci. Oczekuje się, że dzień ten zostanie wpisany do kalendarza Kościoła katolickiego w Stanach Zjednoczonych.
Głównym celebransem mszy i przedstawicielem papieża podczas uroczystości był kardynał Luis Tagle, proprefekt Dykasterii ds. Ewangelizacji. W homilii wskazywał na głęboką i pokorną relację abp. Sheena z Jezusem Chrystusem oraz jego szczególną solidarność z ludźmi ubogimi i najbardziej bezbronnymi.
Od chłopca z Illinois do gwiazdy radia i telewizji
Fulton Sheen pochodził ze skromnego środowiska w Illinois, ale od młodości miał duże ambicje akademickie i duszpasterskie. Z czasem stał się wybitnym wykładowcą, kaznodzieją oraz pionierem wykorzystywania nowoczesnych środków masowego przekazu do głoszenia wiary katolickiej. Jego audycje radiowe i programy telewizyjne przyniosły mu ogromną popularność w Stanach Zjednoczonych.
Kardynał Tagle podkreślił, że właśnie gorliwość, kreatywność w ewangelizacji oraz misyjne zaangażowanie należały do cech, które szczególnie wyróżniały życie nowego błogosławionego.
Tysiąc księży i 89 biskupów na uroczystości
Na beatyfikację przybyli katolicy w różnym wieku – od osób pamiętających pierwsze programy telewizyjne abp. Sheena po rodziny z małymi dziećmi. Mszę rozpoczęła długa procesja, w której uczestniczyło około 1,000 księży, 89 biskupów oraz setki seminarzystów i diakonów.
Najważniejszy moment uroczystości nastąpił na początku liturgii. Kardynał Luis Tagle odczytał po łacinie dekret papieża Leona XIV, a następnie jego angielską wersję przedstawił biskup Louis Tylka z Peorii w Illinois, diecezji, na terenie której urodził się abp Fulton Sheen.
Po odczytaniu dokumentu odsłonięto nowy portret błogosławionego abp. Sheena przedstawionego z aureolą. Zgromadzeni przyjęli ten moment gromkimi oklaskami. Jednocześnie taki sam wizerunek odsłonięto przy jego grobie w katedrze Najświętszej Maryi Panny Niepokalanego Poczęcia w Peorii.
Sześć kolejnych domniemanych cudów
Beatyfikacja nie musi być ostatnim etapem procesu dotyczącego Fultona Sheena. Obecnie badanych jest sześć domniemanych cudów przypisywanych wstawiennictwu nowego błogosławionego. Mogą one mieć znaczenie dla przyszłej kanonizacji Sheena.
Przeżył 61 minut bez bicia serca
Potwierdzony cud, który otworzył drogę do beatyfikacji abp. Fultona Sheena, dotyczył Jamesa Fultona Engstroma. Chłopiec przeżył mimo tego, że przez 61 minut nie miał wyczuwalnego bicia serca. Obecnie zdrowy, 16-letni James uczestniczył w uroczystości w St. Louis.
Nowy błogosławiony Kościoła katolickiego
Kardynał Luis Tagle wskazał podczas homilii, że chrześcijańskie rozumienie bycia błogosławionym nie oznacza życia wolnego od cierpienia. Przypomniał, że w historii wielu ludzi głoszących wiarę doświadczało prześladowań i trudności, a mimo to ich życie pozostawało naznaczone głęboką radością.
Od 24 września 2026 roku Kościół oficjalnie czci go jako błogosławionego Fultona J. Sheena.
Źródło: ewtnnews
Foto: YouTube, Archidiecezja Kansas City
Kościół
Spotkanie dla rodziców po stracie dziecka w parafii św. Józefa Robotnika w Wheeling
Parafia św. Józefa Robotnika w Wheeling zaprasza rodziców, którzy doświadczyli straty dziecka, na specjalne spotkanie modlitewne. Odbędzie się ono w sobotę, 17 października, i będzie okazją do wspólnej modlitwy, udziału we Mszy św. oraz zawierzenia dzieci Miłosierdziu Bożemu.
Spotkanie rozpocznie się o godz. 12:00 PM Dekalogiem osieroconych rodziców. Następnie odbędzie się modlitwa różańcowa w intencji rodziców i dzieci. O godz. 1:30 PM rozpocznie się Msza św. Po niej przewidziano adorację Najświętszego Sakramentu połączoną z zawierzeniem dzieci Miłosierdziu Bożemu.
Organizatorzy proszą uczestników o przyniesienie znicza dla każdego utraconego dziecka oraz kartki z imieniem dziecka. Elementy te będą częścią wspólnego przeżywania spotkania i modlitwy.
Spotkanie poprowadzi s. Maksymiliana Kamińska
Spotkanie poprowadzi s. Maksymiliana Kamińska wraz z zespołem z Poradni Rachel. Wydarzenie skierowane jest do rodziców po każdej stracie dziecka. Dodatkowe informacje można uzyskać u s. Maksymiliany pod numerem telefonu +1 773 656 7703.
Spotkanie odbędzie się w sobotę, 17 października, w parafii św. Józefa Robotnika w Wheeling w Illinois. Początek o godz. 12:00 PM.

Źródło: informacja własna
Foto: istock
-
GOŚCIE BUDZIK MORNING SHOW1 tydzień temuJanusz Stokłosa wystąpi z batutą w Chicago. W niedzielę koncert „Polish Soul, American Spirit”
-
News USA3 tygodnie temuTrump zapowiada po 5 tys. dolarów dla Amerykanów. Dostaniemy te pieniądze?
-
GOŚCIE BUDZIK MORNING SHOW1 tydzień temuWici zapraszają dzieci, młodzież i dorosłych. Ruszył nabór do zespołu w Algonquin
-
GOŚCIE BUDZIK MORNING SHOW2 tygodnie temuGrażyna Auguścik nagra koncert na żywo. Publiczność będzie częścią nowego albumu
-
News USA2 tygodnie temuDonald Trump: obawy o bezpieczeństwo AI to „oszustwo”
-
News Chicago2 tygodnie temuJohnson rusza po drugą kadencję. Przed burmistrzem trudna i kosztowna kampania
-
News Chicago3 dni temuDonald Trump wystąpił na Presidents Cup w Medinah Country Club pod Chicago
-
News USA1 tydzień temuApple zgodził się na ugodę za 250 mln USD. Właściciele wybranych iPhone’ów mogą otrzymać pieniądze






